Poprostu Chiang Mai

Poprostu Chiang Mai

Chiang Mai – miasto w którym spokojnie można spędzić kilka dni i nie żałować decyzji. Brakuje tutaj nieco plaży ale nie można narzekać na nudę. O ile Phuket jest oblężony przez zorganizowaną turystykę nasiadowo – plażową głównie przez Rosjan. To Chiang Mai jest całkowitym przeciwieństwem. Tutejsi turyści to głównie trampingowy, z plecakami na garbach, którzy robią tutaj kilkudniowy przystanek jak ja. Centrum miasta to w zasadzie same guest housy po 300-400bht, które oferują standard podstawowy i średni. Ja sam wylądowałem w Junior Guest House. Jest to bardzo przyzwoite miejsce jak na swoją cenę. A do tego z darmowym dostępem do Internetu, z którym to miałem pewien problem, na Phukecie. Ale mniejsza o to. Po moich perypetiach z biletem na lotnisku na Phuket wylądowałem w nocy w Chiang Mai i na dzień dobry przywitał mnie taki deszcz  że zanim dobiegłem do taksówki przemókł mi plecak. Po zadekowaniu się w pokoju na drugi dzień pierwszą rozsądną czynnością było wykupienie skutera i pokręcenie się po okolicach. Miasto słynie głównie ze świątyni Wat Phrathat Doi Suthep, która została wybudowana na górze o tej samej nazwie. Robi wrażenie, chociaż nie umywa się do świątyni z Ayutthaya. Żeby dostać się do niej trzeba przejechać 15 kilometrów serpentynami a następnie wdrapać się po schodach i uiścić opłatę 30bht o ilę mnie pamięć nie myli. Nie jest to wielki kompleks świątynny, więc spokojnie obszedłem ją w 30 minut resztę czasu spędziłem na straganach, które są nie odłącznym elementem każdego kultu religijnego na świecie a które to cieszą się chyba największym zainteresowaniem wśród turystów. Można nawet znaleźć tam coś ciekawego o dziwo, ale widać że target jest ustawiony na europejskiego turystę. Jako że miałem sporo czasu do zmroku to wybrałem się w wycieczkę na ślepo i pojechałem kolejne kilkanaście kilometrów zjeżdżając na bezdroża, w dosłownym tego słowa znaczeniu bo w pewnym momencie skończył się asfalt, potem betonowe płyty a później nawet ubita ziemia i zaczęło się błoto, ale za to widoki były niezapomniane. W taki sposób trafiłem na plantacje kawy i wioskę Tajskich górali. Było to bardzo odległe od obleganych przez turystów miejsc i do tego położone bardzo wysoko. Przez cały czas jedzie się pod górę, minąłem poziom chmur i zrobiło się bardzo chłodno muszę przyznać i żałowałem, że nie wziąłem ze sobą polaru z pokoju. No ale nie będę się tutaj jakoś strasznie rozwodził nad przejażdżką. Wróciłem już po zmroku i w patio poznałem się z innymi mieszkańcami tego przybytku. Wyskoczyła propozycja wyjścia na walki Muay Thai. I w taki sposób po wydaniu 400bht wejściówki znalazłem się w skrzyżowaniu klubu nocnego, hangaru na samoloty z klubem sportowym. Za piwo w takich przybytkach kroją podwójnie więc tani Chang kosztował 120bht, ale co tam warto czasami wydać więcej ;) Walkę otwierała bójka – bo tak to mogę nazwać na oko 13 latków. Okładali się tak solidnie na ringu że aż nie mogłem na to patrzeć. Przy każdej z walk przy moim stoliku pojawiał się gostek bez zęba na przedzie, który proponował zakłady. Przy 3 walce obstawiłem 100bht ale przegrałem. Mój faworyt został zdjęty solidnym kopnięciem w skroń. Swoją drogą miał szczęście, że nie urwało mu głowy. Ostatnia walka była pomiędzy Tajem a Anglikiem. I tu najciekawsze. Trwała dobre 5 sekund. Taj zaatakował angola kopnięciem w łydkę łamiąc mu kość i kończąc w ten sposób walkę. Angola z ringu ściągało 4 tajów. Mimo że było głośno słyszałem dokładnie jęki bólu biedaka… Tak zdecydowanie były to dobrze zainwestowane 400bht ;) Każdemu polecam wybranie się na walki Muay Thai Po walkach główną atrakcją było picie lokalnej whiskey mieszanej z tequilą. Dlatego też kolejny dzień był ciężki z samego rana… ale o tym następnym razem.